O autorze
"Pozytywne nastawienie być może nie rozwiąże wszystkich twoich problemów, ale zdenerwuje wystarczająco wiele osób, żebyś doszedł do wniosku, że warto czynić ten wysiłek." Herm Albright

Kto odpowiada za tabloidyzację mediów?

fot. failblog.org
Na Twitterze, w komentarzu do poprzedniego tekstu, dowiedziałem się dziś, że m. in. ja! Jednak trudno arogancko uznać za pierwotną przyczynę, skoro brałem udział w tym procesie tylko jako malutki trybik wielkiej maszyny. Tak więc prześledźmy mechanizm stojący za tabloidyzacją. Od czytelnika, przez redaktora, aż po właściciela.

Trudno mi się wypowiadać o telewizji, czy radiu - bo zdecydowanie więcej praktyki mam w sieci - więc na niej się skupimy. Wyobraźcie sobie niewielki, hipotetyczny serwis internetowy o ambitnym profilu - skierowany do wymagającego czytelnika, albo - spuśćmy z tonu - przeciętnie inteligentnego czytelnika.



Kilka-kilkadziesiąt tysięcy na realizację samego serwisu i minimum 10-12 tys. miesięcznie na czterech "klepaczy" i redaktora prowadzącego. Zależna od możliwości podmiotu "matki" ilość miejsca reklamowego na innych witrynach, aby skierować tam trochę ruchu i infrastruktura techniczna. Do tego "stockowe" fotografie, okazyjnie materiały z zewnątrz, wydatki na administrację, obsługę prawną, kilka nieprzewidzianych etc.

W przypadku poważnego, komercyjnego projektu, zejście poniżej 20 tys. na miesiąc jest ciężkie. Hobbystyczne, które ewoluują w komercyjne, pomińmy. To inna historia. Czyli lekko licząc, rozkręcenie serwisu w pół roku daje jakieś 120-150 tys. złotych.

W tym czasie menadżer projektu jest ciśnięty z góry, aby szybko zwiększyć oglądalność na tyle, by dział sprzedaży mógł sprzedać miejsce reklamowe i wspomniane 120-150 tys. zaczęło się zwracać. Menadżer w odpowiedzi ciśnie redaktora prowadzącego, a ten "klepaczy". Wszyscy są pod presją, ponieważ ich praca i często płaca, jest uzależniona od ilości użytkowników na stronie.

Aby je osiągnąć są dwie drogi - pompować jeszcze więcej kasy (bo dobrego materiału nie pisze byle "klepacz" w 30-60 min) i kupować wycyzelowane, analityczne materiały i autorskie newsy po kilkaset złotych sztuka, albo zwiększyć ilość "SZOKU!", "SKANDALI" i "CYCKÓW!", co niemal zawsze daje ładne "piki" w ruchu, jednocześnie nie zwiększając kosztów produkcji.

Naprawdę nietrudno się nauczyć, jak umiejętnie dobrać proporcje seksu i przemocy ( btw. nawet w branży technologicznej są odpowiedniki "cycków") i konstruować masowo klikalne newsy. Statystyczny internauta naprawdę ma proste potrzeby i jakbym się na to nie wściekał, często reaguje schematycznie na słowa i tematy-klucze. Dlatego nie trzeba do tego - drogich - ekspertów. Starczy przyuczony na szybkiego studenciak - a takiego można już kupić za 1,5 tys. na dzieło. (ps. przez tydzień poddawajcie krytycznej analizie np. stronę główną gazeta.pl - dostrzeżecie co najmniej kilka prawidłowości)

Alternatywa, czyli powolne budowanie marki rewelacyjnym kontentem, powoduje że koszta zaczynają wybijać sufit. Co prawda, może zaowocować stworzeniem mocnej marki, która może policzyć sobie za reklamę więcej - ale trwa to na tyle długo i jest na tyle kosztowne, że istnieją spore szanse, iż taką finansową "czarną dziurę" właściciele ubiją przed osiągnięciem zakładanych celów.

Dlatego większość dużych i małych projektów idzie na łatwiznę. Bo każdy element tej układanki wie, że jeśli nie wyrobi szybko zaplanowanej normy może szukać sobie nowej pracy. Widziałem już na własne oczy taką metamorfozę, z ambitnego projektu w "miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle".

I wierzcie mi. Ten mechanizm jest powielany w niemal każdym znanym mi medium. SZOK, SKANDAL i CYCKI są po prostu tańszym i pewniejszym sposobem na osiągnięcie doraźnych celów, niż kosztowna i ryzykowna ambitna wizja, przynoszca efekty wraz z upływem czasu.

A wszystko to wynika z tego, że niemal w każdej rynkowej niszy statystyczny czytelnik głupieje i staje się przewidywalny im jest go więcej. Według starej zasady wyłożonej jeszcze u Roberta A. Heinleina - trzem ludziom kitu nie wciśniesz, trzem tysiącom możesz wmówić by narobili sobie na łeb. A w tym wypadku do łba.

Sami oceńcie - kto tu jest winien. Wolny rynek? Inwestor? Redaktor? Czytelnik?
Trwa ładowanie komentarzy...